Wiadomości
Życie Parafii
Duszpasterstwo
Kronika
Serwisy
Informacje KAI
|
Zaloguj
| Moje spotkania z księdzem Jerzym Wójcikiem |
|
|
|
|
Była późna jesień 1958 roku. Po ukończeniu studiów w Instytucie Filozoficznym Księży Salezjanów w Woźniakowie znalazłem się na Wybrzeżu. Z moim wykształceniem nie mogłem znaleźć żadnej pracy. W okresie ”tępego” gomułkowskiego komunizmu takie wykształcenie nie było potrzebne, wręcz przeciwnie – szkodliwe.
Ponieważ miałem przygotowanie muzyczne postanowiłem kontynuować studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, która mieściła się w Sopocie. Rektorem tej uczelni był profesor Piotr Rytel. Po złożeniu odpowiednich dokumentów i egzaminie wstępnym zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów. Moje pochodzenie nie kwalifikowało mnie do otrzymania stypendium pieniężnego czy akademika, a rodzice mieszkali daleko i byli zbyt biedni aby mi mogli pomóc. Starałem się o jakakolwiek pracę, by zdobyć pieniądze na życie. Przez pośrednictwo księdza prałata Mirynowskiego – kanclerza Gdańskiej Kurii Biskupiej – otrzymałem prace organisty w nowej parafii w Oliwie. Nowa parafia powstała w lipcu 1957 r na peryferiach miasta i liczyła 4,5 tysiąca mieszkańców. Gdy zgłosiłem się do pracy, oddawano do użytku nową kaplicę. Obok w baraku mieszkał ksiądz proboszcz mgr Roman Siudek. W tym samym roku powstała w Gdańsku Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przymorze” i zaczęto budowę domów mieszkalnych na wolnych placach tuż przy nowej kaplicy. Mieszkańców przybywało i dlatego proboszcz prosił księdza biskupa Edmunda Nowickiego, który administrował malutką Diecezją Gdańską, o pomoc. Ksiądz biskup przychylił się do prośby i przydzielił pierwszych, wyświęconych w tej diecezji księży: Jerzego Wójcika i Bronisława Chudego. Księża: Jerzy Wójcik i Bronisław Chudy pochodzili z diecezji tarnowskiej. Tam wstąpili do Seminarium Duchownego i po kilku latach studiów na apel biskupa gdańskiego za zgodą swoich przełożonych przenieśli się do Oliwy, do nowo otwartego Seminarium. Ich pierwszą placówką Duszpasterską była parafia pod wezwaniem Najświętszej Maryji Panny Królowej Różańca Świętego na „Przymorzu”. Ponieważ młodzi księża byli w moim wieku, zaprzyjaźniłem się z nimi. Widzieliśmy się codziennie, bo jako organista grałem na wszystkich Mszach św. Czasem zapraszałem księży do mego domu na kolację lub lampkę wina. Wszystko przebiegało normalnie do chwili, gdy ksiądz Jerzy nagle i poważnie zachorował. Jeszcze będąc w Seminarium miał operację na wyrostek robaczkowy. Operacja prawdopodobnie nie została dobrze wykonana. Powstały powikłania i trzeba to było dalej leczyć. W Gdańskiej Akademii Medycznej zrobiono mu kilka operacji i za każdym razem było coraz gorzej. Lekarze nie mogli postawić trafnej diagnozy. Przez te operacje wycięto mu niemal całe jelito cienkie. Tylko dzięki troskliwej opiece proboszcza księdza Romana Siudka Jurek przeżył. Ksiądz proboszcz codziennie jeździł do szpitala. Woził przygotowane przez gospodynię - panią Felę Szaciłowską posiłki, rozmawiał z lekarzami i zachęcał ich do dalszej troski o zdrowie ks. Jerzego. Opłacał pielęgniarki, by czuwały w nocy i prosił lekarzy o dobrą opiekę. Mimo tego stan Jurka był coraz poważniejszy. Pewnego wieczora ks. proboszcz wrócił ze szpitala załamany, przyszedł do sali, w której ćwiczyłem chór. Poprosił nas byśmy oddali krew potrzebną do następnej operacji księdza Jerzego. Zachęciłem chórzystów i mimo że była godzina 21.00 pojechali do stacji krwiodawstwa wszyscy. Po pewnym czasie, ks. Jerzy wyszedł ze szpitala, ale był bardzo osłabiony i miał z boku wyprowadzony woreczek. Codziennie go odwiedzałem w jego pokoju, starałem się mu pomóc i rozweselić. Przyznał mi się wtedy, że pewnego dnia lekarze stracili nadzieję i nawet nie chcieli robić następnej operacji. Zostawili go w separatce i oczekiwali na jego śmierć. „Nie wiedzieli, że ja jestem góral i tak łatwo się nie poddam”- powiedział. Siłą woli zmusił się by żyć i przeżył. W następnym dniu, gdy szpital otrzymał większą ilość krwi zrobiono mu znowu operację. Po pewnym czasie, gdy się dowiedział, że tylu chórzystów wraz ze mną oddali krew, przyszedł na próbę chóru, uściskał każdego i tak się do nas zwrócił: „Jesteście mi wszyscy jak bracia”. Dla księdza Jerzego praca w parafii była za ciężka, dlatego ksiądz biskup Edmund Nowicki postanowił wysłać go na studia. Zwrócił się z prośbą do biskupa w Tirolu a ten zgodził się przyjąć Jurka na Uniwersytet Katolicki w Innsbruku. Zaczęły się długie i żmudne załatwiania paszportu. Była to druga połowa lat 60-tych, nikt na zachód nie mógł wyjechać. Załatwianie paszportu i wizy trwało kilka miesięcy. Poza tym ktoś z zagranicy musiał przysłać pieniądze na podróż i pisemnie zapewnić, że da pełne utrzymanie w czasie pobytu. Z Polski można było wywieźć tylko 5 dolarów jako kieszonkowe. Pieniądze na podróż i wszelkie zapewnienia dał biskup z Tirolu. W marcu 1968 roku ksiądz Jerzy żegnany przez kilkoro przyjaciół, wsiadł na dworcu w Sopocie do pociągu i przez Wiedeń udał się do Innsbruka. Na długie miesiące słuch o księdzu Jerzym zaginął. Trzeba tu wspomnieć, o „żelaznej kurtynie” pomiędzy krajami komunistycznymi a Europą Zachodnią. Listy szły miesiącami, bo były sprawdzane. Połączeń telefonicznych nie było. Telegram można było wysłać, jeśli była ważna potrzeba np. przedstawiając świadectwo zgonu osoby bliskiej. Nikt za granicę nie jechał i nikt z zagranicy nie mógł do Polski przyjechać. Dopiero na Święta Bożego Narodzenia otrzymałem od księdza Jerzego kartkę pocztową z życzeniami. W międzyczasie dowiedziałem się, ze ksiądz Jerzy studiuje dogmatykę na Uniwersytecie w Innsbrucku. Otrzymał pokój i wyżywienie w Seminarium Duchownym, a na swoje wydatki musi zarobić pomagając w parafiach lub zastępując kapelana u Sióstr Zakonnych. Podczas wakacji nie przyjeżdżał do Polski, bo mógłby nie otrzymać paszportu na dalsze kontynuowanie studiów. Na ten czas załatwiał sobie zastępstwa w parafiach, gdy miejscowi księża udawali się na wakacje. Pewnego lata pojechał na zastępstwo do Monachium. Tutaj odnowiła się dawna choroba i znalazł się w szpitalu. Zrobiono mu operację przywracając normalny proces trawienny żołądka. Technika medyczna w Niemczech była wyższa niż w Polsce, umiano sobie poradzić z tą chorobą. Ze szpitala wyszedł bez podwieszonego woreczka przy boku. Życie stało się bardziej normalne. Wprawdzie jelita cienkiego nie przedłużono i posiłki musiał jadać często, ale mógł normalnie egzystować. Jeździł na nartach, dużo podróżował samochodem i bez problemu kontynuował studia na Uniwersytecie w Innsbrucku. Gdy pierwszy raz przyjechał do swoich rodziców w Żyrakowskiej Woli znalazł czas, by odwiedzić Gdańsk. Trzy lata nie widzieliśmy się, więc dużo sobie opowiadaliśmy. Poznałem wtedy jego zainteresowanie antykami, a w szczególności starymi rosyjskimi ikonami. Odwiedzaliśmy sklepy ”Dessy” w Sopocie i Gdańsku. W następnym roku, gdy ksiądz Jerzy przyjechał do Polski spotkaliśmy się z nim w Dębicy. Ksiądz Jerzy chciał jak najdłużej być ze swoimi rodzicami, a szczególnie czuwać przy obłożnie chorym ojcu, dlatego cały pobyt spędził w Żyrakowie. Poznałem wtedy jego rodzinę, między innymi jego brata Józefa. Pamiętam, że byliśmy przez brata gościnnie przyjęci w jego nowym domu. W roku 1974 nadarzyła się okazja by wyjechać za „ żelazną kurtynę” do Europy Zachodniej, a konkretnie do Austrii. Ksiądz Jan Ossadnik, który wraz z księdzem Jerzym był wikariuszem na Przymorzu wyjechał z Polski na stałe i pracował jako wikariusz w Wiedniu. Po roku 1971 za rządów Edwarda Gierka, sytuacja w Polsce nieco się polepszyła. Z wielkimi trudnościami można już było wyjechać za granicę. Łatwiej było podróżować do tz. „demoludów”, – czyli do krajów zależnych od Rosji. Tutaj wystarczyło mieć zamiast paszportu tz. „wkładkę paszportową” i po wymianie pieniędzy można było jechać do Czechosłowacji na Węgry i do Bułgarii. Do innych krajów potrzebny był paszport i wiza. Otrzymałem zaproszenie od księdza Jana Ossadnika i po kilku miesiącach starań uzyskałem paszporty i wizę. Na wymianę polskich złotych na 200 dolarów potrzebna była zgoda specjalnej komisji. Były trudności z wypożyczeniem mapy drogowej Austrii i planu Wiednia – o zakupie nie było mowy. Plan Wiednia skopiowaliśmy na kalce technicznej. Mimo wielkich trudności 27 lipca dotarliśmy do Wiedniu. Ksiądz Jerzy dowiedział się, że jesteśmy w Wiedniu i zaprosił nas do Innsbrucka. Mieliśmy wyznaczony przez władze paszportowe termin powrotu do Polski, więc przez tydzień gościliśmy u księdza Jana w Wiedniu, a drugi tydzień u księdza Jerzego. Podczas pobytu zwiedzaliśmy Wiedeń i przez Salzburg, drogą przez Alpy by ominąć Niemcy, dojechaliśmy do Tirolu. Ksiądz Jerzy skończył studia na uniwersytecie i mieszkał w klasztorze w Hall, tam pełnił funkcję kapelana. Serdecznie nas powitał i ugościł. Zamieszkaliśmy w tanim hotelu na przedmieściu Innsbruka. Ksiądz Jerzy do południa miał zajęcia, a po obiedzie zwiedzaliśmy wspólnie piękny Innsbruk i jego górskie okolice. Wieczory spędzaliśmy na długich rozmowach. Ksiądz Jerzy już sześć lat przebywał w Austrii, więc znał dokładnie życie tego kraju. My zachwycaliśmy się nową techniką, budownictwem a przeważnie mnogością i różnorodnością towarów. On opowiadał nam o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą nowa cywilizacja. Nam wtedy trudno było to zrozumieć. Potępialiśmy ustrój komunistyczny i zachwycaliśmy się życiem Zachodu. Na propozycję by tam zostać, nie mogliśmy się zdecydować. Nie znając języka ani nie mając odpowiedniego fachu, mielibyśmy wielkie trudności. Żegnając się w słoneczne przedpołudnie przy autostradzie biegnącej w stronę Linzu, mieliśmy wszyscy łzy w oczach. Następne spotkanie odbyło się w Gdańsku. Ksiądz Jerzy przyjechał wraz ze swym kolegą Filipińczykiem, z którym przed laty studiował na Uniwersytecie w Innsbruku. Czas pobytu w Gdańsku był bardzo krótki. Odwiedził Kurię Biskupią i parafię na Przymorzu. Zobaczył nowy kościół parafialny i rozmawiał z proboszczem ks. Janem Majderem, kolegą z seminarium. Odwiedził też rodzinę państwa Przeździaków, którzy opiekowali się nim podczas pobytu w gdańskim szpitalu. To były jego ostatnie odwiedziny w Gdańsku. Jesienią 1989 roku mój brat, ksiądz Marian został wysłany przez swoje Zgromadzenie do pracy w Niemczech. Otrzymał parafię w Bawarii w diecezji Augsburskiej. Przemiany polityczne w Polsce były już na tyle głębokie, że każdy Polak mógł mieć paszport w domu, a do Niemiec zostały zniesione wizy wjazdowe. Brat chętnie przyjmował u siebie gości z Polski, miał do tego dobre warunki. Obszerna plebania posiadała kilka umeblowanych pokoi, dwie łazienki i duży ogród warzywno - owocowy. Jako zakonnik lubił otaczać się młodzieżą z Polski, a gdy wyjeżdżał na wakacje ktoś z rodziny pilnował „jego posiadłości”. Niemalże każdego roku odwiedzałem brata. Z Wiesenbach gdzie miał parafię do Innsbrucka było 250 km., dlatego kilkakrotnie spotykaliśmy się z księdzem Jerzym na granicy pomiędzy Austrią a Niemcami. Pierwsze takie spotkanie miało miejsce w Fussen. Ksiądz Jerzy i my nie znaliśmy jeszcze tego alpejskiego miasteczka i dlatego mieliśmy problem, w którym miejscu umówić się na spotkanie. Ks. Jerzy zaproponował stację kolejową. Myślał tak: - w każdym mieście powinna być kolej, a więc i dworzec kolejowy. Do dworca będzie można dojechać autem, i tam na parkingu zostawić auto. Jadąc na spotkanie mieliśmy problem, – co zrobimy, gdy do miasteczka górskiego nie dochodzi kolei? Odnaleźliśmy jednak dworzec kolejki górskiej i przy nim parking, na którym zatrzymaliśmy się. Niemal w tym samym czasie przyjechał z Innsbruka ksiądz Jerzy. Po powitaniu udaliśmy się na zwiedzanie zamku w Neuschwanstein, oddalonego o kilka kilometrów. Potem zwiedziliśmy bardzo pięknie położone alpejskie miasteczko Fussen. Po obiedzie pożegnaliśmy się, bo ksiądz Jerzy spieszył do pracy, i rozjechaliśmy się w swoje strony. Następnym razem spotkaliśmy się w granicznym miasteczku Ettal. Jest tam duży klasztor z pięknym barokowym kościołem zbudowany na planie koła. Zwiedziliśmy kościół i klasztor, a potem ksiądz Jerzy zabrał nas na kolację do Austrii. Żeby nie być kontrolowanym przez straż graniczną jechaliśmy 10 km leśnymi drogami. Restauracja wybudowana w stylu tyrolskim z grubych drewnianych bali leżała tuż przy granicy niemieckiej, nad cudownym górskim jeziorem. Na kolację podano nam pstrągi z miejscowego jeziora duszone w maśle z migdałami. Wieczór był ciepły i pogodny. Olbrzymia tarcza księżyca świeciła nad szczytami Alp. Pożegnaliśmy się serdecznie i odjechaliśmy do swoich domów. Jeszcze jedno spotkanie nadgraniczne odbyło się w Bad Tolz . Wtedy ksiądz Jerzy przyjechał ze swymi bratanicami: Agnieszką i Magdą. Spotkaliśmy się w miasteczku w porze południowej. Zjedliśmy wspólnie obiad w stylowej bawarskiej restauracji. Po obiedzie zwiedziliśmy miasteczko, które jest znanym bawarskim kurortem. Obok miasteczka na wysokim wzniesieniu stoi stary klasztor Ojców Kamedułów z zabytkowym kościółkiem przyklasztornym. Kościół ten ma ciekawą architekturę i był budowany etapami. Najstarsza część dolna jest wykuta częściowo w skale, ma skromny wystrój i jest bardzo mała. Nad nią wybudowano w późniejszym czasie większy kościół. Teraz to wszystko stanowi zabytek i jest odnawiane na koszt państwa niemieckiego. Z dziedzińca kościelnego rozpościera się wspaniały widok na miasteczko Bad Tolz i okoliczne wzgórza, porośnięte drzewami, typowe dla krajobrazu bawarskiego. Wszystkie nasze spotkania z księdzem Jerzym były połączone ze zwiedzaniem ciekawych obiektów architektonicznych i miejsc historycznych. Jeszcze wcześniej w roku 1990-tym będąc u brata w Bawarii, pojechałem do księdza Jerzego wraz z synem Grzegorzem. Zostałem zaproszony jako organista na Wielkanoc, by pomóc w ceremoniach Wielkiego Tygodnia i grać na organach w jego górskiej parafii. Poza pracą kapelana Sióstr i wykładowcy religii w gimnazjach, ksiądz Jerzy był też proboszczem w małej górskiej parafii niedaleko Hall. W roku 1998 syn Grzegorz będąc już lekarzem, otrzymał miesięczne stypendium w klinice w Innsbruku u prof. Georga Riccabone. Pojechaliśmy z żoną odwiedzić syna, przy okazji spotkaliśmy się z księdzem Jerzym. Kilka razy mój brat Marian zapraszał ks. Jerzego do siebie do Bawarii, ale nigdy Jurek na odwiedziny nie miał czasu. Wiele też razy ks. Jerzy zapraszał mego brata, dlatego w lipcu 1999 roku wybraliśmy się w odwiedziny. Mój brat pierwszy raz jechał do Austrii, więc wziął mnie jako przewodnika. W pobliżu granicy austriackiej zwiedzaliśmy w Lineburgu zamek Ludwika II Bawarskiego. Dalej jechaliśmy przez Ettal do granicy austriackiej. Zaraz za niemiecką granicą zaczynają się wysokie szczyty Alp. Przejeżdżaliśmy obok znanego ze sportów zimowych miasta Seefeld i stamtąd szeroką autostrada wjechaliśmy do Innsbruka. Po powitaniu ksiądz Jerzy poprosił mego brata by odprawił Mszę św. dla Sióstr i wygłosił okolicznościowe kazanie. Na godz. 19-tą pojechaliśmy do parafii księdza Jerzego. Tutaj odbyła się uroczystość odpustowa. Najpierw była Msza św. w jego kościółku parafialnym, a potem spotkanie wszystkich mieszkańców w dużej sali obok ratusza. Zebrani ludzie słuchali występów orkiestry, solistów i recytatorów spożywając tyrolskie potrawy. Zabawa trwała do północy. Widziałem ilu przyjaciół ma ksiądz Jerzy wśród Tyrolskich górali. Gdy wchodziliśmy do sali orkiestra zagrała marsz na nasze powitanie. Potem ksiądz Jerzy przemawiał do zebranych. Kilka razy jego przemówienie było przerywane oklaskami. Wielu parafian podchodziło do stolika, by z nim porozmawiać. Cały czas towarzyszyła mu pani burmistrz. Ostatni raz widziałem się z księdzem Jerzym w lipcu 2000 roku. Będąc u mego brata w Bawarii zrobiliśmy z żoną wycieczkę objazdową przez Szwajcarię, Lichtenstein i Austrię. Odwiedziliśmy po drodze księdza Jerzego. Były to miłe chwile. Ksiądz Jerzy miał dużo wolnego czasu, więc chodziliśmy razem wąskimi uliczkami starego Innsbruka. Robiliśmy zdjęcia przy kamienicy ze złotym dachem i przy figurze Matki Boskiej, która stoi na centralnej ulicy Innsbruka. Potem pojechaliśmy daleko poza Innsbruk. W tyrolskiej restauracji ksiądz Jerzy podejmował nas kolacją. W lokalu grała tyrolska orkiestra a kelnerki były ubrane w stroje ludowe. Przy pożegnaniu Jurek wręczył mojej żonie lilię wykonaną z ceramiki, a mnie butelkę dobrego koniaku. Była już późna noc. Na granatowym niebie ostro skrzyły się gwiazdy. Przy pożegnaniu mówiliśmy, że nie wiemy, kiedy znowu się zobaczymy. Mój brat kończył pracę w Bawarii i w najbliższych dniach na stałe wracał do Polski. Ostatni uścisk dłoni, ostatni pocałunek. „ Z Bogiem” – powiedział do nas ksiądz Jerzy – „z Bogiem”, jak zwykle przy pożegnaniu odpowiedzieliśmy mu i w gwiaździstą noc rozjechaliśmy się w swoje strony. To „z Bogiem” wypowiedziane przez niego brzmi do dziś w moich uszach. Na początku listopada 2001 roku dowiedzieliśmy się o tragicznym wypadku, jaki się wydarzył księdzu Jerzemu, a za kilka dni przyszła smutna wiadomość o jego śmierci. Pomimo, że ksiądz Jerzy z Gdańska wyjechał dawno temu, ma tu grono swoich przyjaciół. Niech o tym świadczy list pożegnalny i wieniec, wysłany z Gdańska do Innsbruka na jego pogrzeb. Ksiądz Jerzy był człowiekiem zwykłym, normalnym – a zarazem innym, bo czynił wszystkim dobro. „Idąc przez świat dobrze czynił”, tak trzeba o nim powiedzieć. Takim zostanie na zawsze w naszej pamięci. Jacek Romanowicz
|
|||
| Wpisany przez Jacek Romanowicz | |||
| czwartek, 27 listopada 2008 22:21 | |||
| Historia - Historia parafii | |||
| Poprawiony: czwartek, 27 listopada 2008 22:29 |


