Wiadomości
Życie Parafii
Duszpasterstwo
Kronika
Serwisy
Informacje KAI
|
Zaloguj
| Nasi Proboszczowie w moich wspomnieniach |
|
|
|
|
Ks. Roman Siudek urodził się w 1910 roku w miejscowości Zbrojów, parafii Bliżyn, w diecezji sandomierskiej. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1937 roku i wojna zastała go jako młodego, pełnego zapału księdza. Rozpoczął pracę w Radomiu, brał udział w tajnym nauczaniu, ale wkrótce zmuszony był do opuszczenia placówki i ukrywania się w małej miejscowości w Górach Świętokrzyskich.
Tam zetknął się z partyzantami, co rozbudziło jeszcze większe uczucia patriotyczne. W 1950 roku ks. Roman przyjechał do Gdańska. Poza pracą duszpasterską prowadził zajęcia katechetyczne w szkołach, m.in. w Szkole Morskiej w Gdyni. Lubił młodzież i pracę pedagogiczną, obok wiedzy religijnej przekazywał swoim uczniom wartości patriotyczne wyniesione ze swojej szkoły, z seminarium i s doświadczenia życiowego czasów okupacji. Po wojnie studiował też na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskał stopień magistra pedagogiki. Ze studiów tych był bardzo dumny i lubił podkreślać – mam stopień magistra zrobiony na U.J.. Lata okupacji, praca w szkolnictwie pod rządami komunistycznymi oraz obowiązki proboszcza w Parafii św. Rodziny na Stogach, w Parafii Chrystusa Króla, a potem w Parafii NMP Królowej Różańca Św. na Przymorzu kształtowały charakter ks. Siudka. Był księdzem podejmującym walkę z komunistycznym reżimem – w kontaktach z władzami, w kazaniach jako proboszcz, występując w obronie młodzieży i swoich parafian. A jego parafianie byli ludźmi na wskroś dobrymi i prawymi – zarówno ci kolejarze ze Stogów, jak i stoczniowcy z Przymorza. Praca nad organizacją parafii na Przymorzu pochłonęła Go bez reszty. Kiedy w 1959 roku na placu między ówczesną ulicą Zwycięzców i Śląską stanęła skromna kaplica z przytulonym do niej barakiem plebanii Przymorze liczyło już pięć tysięcy mieszkańców. Aby ich pomieścić na niedzielnej Mszy św. nabożeństwa musiały być odprawiane co 45 minut. Ks. Roman mówił wtedy – u Siudka msza krótka. I nie mogła być inna. Nowym wyzwaniem było utrzymanie placu kościelnego i uzyskanie pozwolenia na budowę kościoła. Władze robiły wszystko, aby pomimo wydanej zgody plac zabrać, potem przynajmniej zmniejszyć go, a przyszły kościół zasłonić. Bloki stojące wokół kościoła, w dużej jego bliskości są tego pamiątką. Ks. Roman postawił na placu cztery krzyże – jak mówił, aby go broniły. Czynił intensywne starania o zatwierdzenie dokumentacji. Zrobił nawet tak ryzykowną rzecz, jak zatwierdzenie dokumentacji technicznej bez zatwierdzenia opracowania wstępnego. Gdyby władze miasta wprowadziły jakąkolwiek zmianę w dokumentacji wstępnej, praca i wydatkowane pieniądze na dokumentację techniczną byłyby zmarnowane. Ksiądz Proboszcz po zatwierdzeniu projektu kościoła był już myślami przy budowie świątyni. Korzystając z pomocy swoich dzielnych parafian gromadził kamień, stal i inne trwałe materiały przydatne do budowy. Budowy kościoła jednak nie rozpoczął. Dość nieoczekiwanie złożył rezygnację z funkcji proboszcza i odszedł na emeryturę. Najpierw wyjechał do Radomia, który kojarzył mu się z radosną pracą pierwszych lat kapłaństwa i wspomnieniami z odważnej pracy podczas okupacji. Jednak źle się czuł poza Gdańskiem, gdzie miał licznych przyjaciół z okresu już dojrzałego. Powrócił do Gdańska. Był kapelanem w domu zakonnym w Nowym Porcie, służył pomocą duszpasterską w parafii w Nowym Porcie, a ostatni okres życia spędził w bardzo kochanej Parafii NMP Królowej Różańca Św. na Przymorzu. Odprawiał Msze św., spowiadał w „swoim” konfesjonale – ten po lewej stronie stojąc twarzą do ołtarza. Będąc już nawet ze znacznego stopnia zaburzeniem sprawności przybywał do kościoła o bardzo wczesnej godzinie, czym sprawiał kłopot zakrystianom, bo stawał przed zamkniętymi drzwiami i czekał z wyrzutem, kiedy je ktoś otworzy. Ostatnie Msze św. odprawił jeszcze w pierwszych dniach listopada 1991 roku. Wkrótce znalazł się w szpitalu. Zmarł 11 stycznia 1992 roku. Ale to nie koniec ziemskiego pielgrzymowania ks. Romana. W testamencie wyraził życzenie, aby go pochować w grobie rodzinnym swoich rodziców w Bliżynie. Narada jego bliskich z ks. Prob. Majderem i ks. Arcybiskupem Gocłowskim nie rozwiązała tego problemu. A był to problem – styczeń, śnieżna zima, odległość 500 km do Bliżyna. Ks. Arcybiskup nie zmienił ostatniej woli Zmarłego i po uroczystościach pogrzebowych w naszym kościele parafialnym wyruszył samochód z trumną, w asyście ks.prob Majdera i kilku parafian. Ks. Majder uznał za właściwe nie włączyć ogrzewania w autobusie. Zatem po długiej podróży, z nocną przerwą a okolicach Warszawy, osoby towarzyszące Zmarłemu przybyły do Bliżyna bardzo zmarznięte. W dniu poprzedzającym pogrzeb było kilkanaście stopni mrozu, padał śnieg. Przygotowując cmentarz do pogrzebu usunięto część śniegu, a drogę obficie posypano piaskiem. Jednak następnego dnia zrobiła się odwilż i uczestnicy brnęli w błocie po kostki. A przyjechało dwóch biskupów – ks. bp. Gocłowski i miejscowy ordynariusz. Nie pamiętano w parafii w Bliżynie, aby kiedykolwiek było tam równocześnie dwóch biskupów. Było też kilkunastu księży, dość liczna delegacja z Gdańska oraz spore grono miejscowych osób. Pożegnano ks. Romana modlitwą i kwiatami. Ks. Jan Majder objął Parafię w 1971 roku już trochę uporządkowaną i zorganizowaną, ale ogrom pracy związany z budową kościoła był na pewno niewyobrażalny. Była lokalizacja, wprawdzie z placem pomniejszonym i przesuniętym, był projekt i pozwolenie na budowę. To dużo, nawet bardzo dużo, jak na ówczesne czasy, ale zdobycie (tak to się wówczas określało) materiałów budowlanych i pieniędzy stanowił problem nie bagatelny. Ks. Jan wykazał się dużym kunsztem organizacyjnym i osobowością, która pomagała w tej pracy. Umiał rozmawiać z robotnikami i parafianami, wszędzie był, wszystkiego doglądał osobiście. Dlatego nie trzeba było czekać długo na konsekrację dolnego kościoła – odbyła się w .... roku. Pozyskiwanie funduszy na budowę to osobny, tajemniczy rozdział w życiu ks. Jana. Nie miał zwyczaju prosić parafian o pieniądze. Informował o etapach budowy, o nowych inwestycjach i dziękował za ofiarność. Był zawsze uśmiechnięty i sprawiał wrażenie zadowolonego. Czasem wspominał o swoich chorobach i dolegliwościach, ale rozmowa ta prowadzona była w takiej formie, jakby dotyczyła innej osoby. Był człowiekiem bardzo uczynnym, chętnie słuchał innych, trochę taki włoski proboszcz z małej parafii, który spotyka się z wiernymi na placu przed kościołem po niedzielnej Mszy św.. Podziwialiśmy jego zapał do pracy i jej wyniki.. Przecież w krótkim czasie nie tylko górny kościół był wybudowany, wykańczany i upiększany, ale stanęła też obok piękna plebania. Wielkim marzeniem i planem ks. Jana było postawienie obok kościoła budynku, gdzie mogły by mieszkać siostry Serafitki i gdzie można by prowadzić działalność charytatywną. Zawsze chętnie o tych zamiarach rozmawiał. Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko na, niezbyt rozległym przecież, placu przy kościele stanie Dom św. Franciszka. Odszedł Ksiądz Prałat dość niespodziewanie, stając odważnie w obronie Parafii i naszego wspólnego dobra. Pozostawił po sobie wybudowany kościół, Dom św. Franciszka, ulicę swego imienia, gorące, serdeczne wspomnienie parafian. Stając u Jego grobu, do którego mamy blisko, widzę Go jak opowiada z zaangażowaniem o wykończeniu kościoła, witrażach, płaskorzeźbach na ścianach zewnętrznych, dzwonach, porządkowaniu placu, organach. Myślę, że ks. Jan jest zadowolony patrząc na prace przy świątyni, liczne grono kapłanów, siostry i modlących się parafian. Bogumił Przeździak
|
|||
| Wpisany przez Bogumił Przeździak | |||
| czwartek, 27 listopada 2008 22:15 | |||
| Historia - Historia parafii | |||
| Poprawiony: czwartek, 27 listopada 2008 22:30 |


